RSS
 

Archiwum - Maj, 2014

WIELKIE CIĘŻARÓWKI WYJEŻDŻAJĄ W MORZA – Marta Fox

31 maj
pobraneSkończyłam czytać książkę Pani Marta Fox. Wstęp, którym jest ona opatrzona, jest niesamowity. Tak ciepły, serdeczny i naturalny. Zresztą, naturalność emanuje z kart tej wyjątkowej książki. „WIELKIE CIĘŻARÓWKI WYJEŻDŻAJĄ W MORZA”… I wywiozły mnie wprost do świta, = morza= uczuć= emocji jakie są udziałem Moniki, Marka, Jarka…i nie tylko. Zafascynowała mnie, wchłonęła na kilka godzin. Tematyka niełatwa, ale tak przez Autorkę przedstawiona, że chylę czoła. Nie chcę zbytnio zdradzać szczegółów, ale jedno jest pewne… Musicie dać wywieźć się ciężarówkom. Godzinę temu skończyłam ją czytać, lecz nadal jak dziecko trzymam ją w rękach { no, nie teraz. Teraz leży obok laptopa a ja na nią zerkam} i wracam do wątków, do swoistych listów Moniki odnajdując tak wiele analogii z moimi emocjami. I choć nie było mi dane stanąć w obliczu tego typu dylematów co ona, jakże dobrze ją rozumiem. Dziwne? A nie powinno. Choć zaraz…zaraz. Miłość potrafi nas zadziwić. Prawda? Potrafi zaskoczyć nas – czasem niemile- właśnie kochana przez nas osoba. A jednak usiłujemy się odnaleźć w tym labiryncie faktów, emocji, własnych i tej ukochanej osoby. A fakt, że ta książka została przez Autorkę wymyślona jako pierwsza, jest Jej pierworodnym dzieckiem { jakże pięknie o tym pisze we wstępie} stało się dla mnie czymś bardzo ważnym. Książka ta doczekała się czwartego wznowienia, wydania, i mam żal do siebie, zdając sobie pytanie:
” Gdzie byłam do tej pory, co wówczas czytałam, gdy owa powieść pojawiła się pierwszy raz?” Nie wiem. Ale na szczęście – jako miłośniczka książek- chyba po prostu W KOŃCU do niej dorosłam. A wierzcie trzeba przy jej czytaniu wykazać się dojrzałością. I to czas, w moim przypadku, okazał się być najmądrzejszy. A słowa Pani Marty Fox : ” To chyba najbardziej osobista z moich powieści.” były wystarczającym impulsem do tego, aby sięgnąć najpierw po tę powieść. Nie umiem w pełni oddać słowem tego, czego zaznawałam w kolejnych stronach…Żal? Szukanie racjonalnego wytłumaczenia? A czy miłość da się – te emocje- racjonalnie wytłumaczyć? Słowo „teatralność” zastąpiłam dla własnej adaptacji opisów, nie tylko bohaterów, lecz przede wszystkim tego co kłębiło się w ich głowach, słowem bliskoznacznym- aktorstwo. Myśli bohaterów a słowa…a czyny? Czy wszystko było spójne? Czy mówili to, co czują? A może nie mogli? Jeśli tak, to co ich powstrzymywało?Myśli. To one takie z lekka kreowane, udawane..a może nie? Czy rzeczywiście oscylowały; od zaprzeczenia po akceptację, od skrywanego płaczu, w zastępstwie uśmiech { niech nie widzą mojej słabości}? Wszystko niby tak oczywiste…A jednak…I tak sobie myślałam…A Monika? Marek? Czy im się w końcu uda? Tak naprawdę to brakuje i mnie słów. Opisuje te wrażenia na gorąco, stąd wkrada się lekki chaos, wybaczcie. Ale dodam na zakończenie; jest humor, jest piękna POEZJA jest smak słowa nawet wtedy gdy Autorka zaczyna powieść od słów:” Gówno, gówno, gówno …aha a dlaczego: „chomik zaczął już sikać prawidłowo? Chcecie się dowiedzieć. Zapraszam do książki.
I jeszcze jedno” Opis wydawcy:” Marka i Monikę łączy trudna miłość. Oboje piękni, wykształceni, przebojowi ? realizują się zawodowo, lecz wciąż odczuwają pewien niedosyt. Pragną, by ich życie było intensywne emocjonalnie, pełne uniesień i nieuchwytnej głębi. Otaczają się słowami, czerpią inspiracje z literatury i kultury, poszukują sensu. Marta Fox sięga po konwencję powieści epistolarnej (m.in. Niebezpieczne związki Choderlosa de Laclos), uwspółcześniając ją, przewartościowując i wtłaczając w jej ramy nostalgiczną, lecz zaskakującą fabułę.” Dlaczego go umieściłam? Aby Mu podziękować „Siedmioróg”wielkie Ci dzięki !!- Lecz wybacz, ale w drugiej kolejności, bo – W PIERWSZEJ  dziękuję  AUTORCE  dziękuję Jej za tę powieść !!! Świetna- moim zdaniem okładka, jak i zachęcający opis. Ale on był tylko kropką nad „i” do tego aby zakupić tę powieść. Miałam przyjemność czytać książki i poezję Pani Marty Fox więc długo się nie zastanawiałam. POLECAM.
Zdjęcie: Skończyłam czytać książkę Pani Marta Fox. Wstęp, którym jest ona opatrzona, jest niesamowity. Tak ciepły, serdeczny i naturalny. Zresztą, naturalność emanuje z kart tej wyjątkowej książki. "WIELKIE CIĘŻARÓWKI WYJEŻDŻAJĄ W MORZA"... I wywiozły mnie wprost do świta, = morza= uczuć= emocji jakie są udziałem Moniki, Marka, Jarka...i nie tylko. Zafascynowała mnie, wchłonęła na kilka godzin. Tematyka niełatwa, ale tak przez Autorkę przedstawiona, że chylę czoła. Nie chcę zbytnio zdradzać szczegółów, ale jedno jest pewne... Musicie dać wywieźć się ciężarówkom. Godzinę temu skończyłam ją czytać, lecz nadal jak dziecko trzymam ją w rękach { no, nie teraz. Teraz leży obok laptopa a ja na nią zerkam} i wracam do wątków, do swoistych listów Moniki odnajdując tak wiele analogii z moimi emocjami. I choć nie było mi dane stanąć w obliczu tego typu dylematów co ona, jakże dobrze ją rozumiem. Dziwne? A nie powinno. Choć zaraz...zaraz. Miłość potrafi nas zadziwić. Prawda? Potrafi zaskoczyć nas - czasem niemile- właśnie kochana przez nas osoba. A jednak usiłujemy się odnaleźć w tym labiryncie faktów, emocji, własnych i tej ukochanej osoby. A fakt, że ta książka została przez Autorkę wymyślona jako pierwsza, jest Jej pierworodnym dzieckiem { jakże pięknie o tym pisze we wstępie} stało się dla mnie czymś bardzo ważnym. Książka ta doczekała się czwartego wznowienia, wydania, i mam żal do siebie, zdając sobie pytanie:
" Gdzie byłam do tej pory, co wówczas czytałam, gdy owa powieść pojawiła się pierwszy raz?" Nie wiem. Ale na szczęście - jako miłośniczka książek- chyba po prostu W KOŃCU do niej dorosłam. A wierzcie trzeba przy jej czytaniu wykazać się dojrzałością. I to czas, w moim przypadku, okazał się być najmądrzejszy. A słowa Pani Marty Fox : " To chyba najbardziej osobista z moich powieści." były wystarczającym impulsem do tego, aby sięgnąć najpierw po tę powieść. Nie umiem w pełni oddać słowem tego, czego zaznawałam w kolejnych stronach...Żal? Szukanie racjonalnego wytłumaczenia? A czy miłość da się - te emocje- racjonalnie wytłumaczyć? Słowo "teatralność" zastąpiłam dla własnej adaptacji opisów, nie tylko bohaterów, lecz przede wszystkim tego co kłębiło się w ich głowach, słowem bliskoznacznym- aktorstwo. Myśli bohaterów a słowa...a czyny? Czy wszystko było spójne? Czy mówili to, co czują? A może nie mogli? Jeśli tak, to co ich powstrzymywało?Myśli. To one takie z lekka kreowane, udawane..a może nie? Czy rzeczywiście oscylowały; od zaprzeczenia po akceptację, od skrywanego płaczu, w zastępstwie uśmiech { niech nie widzą mojej słabości}? Wszystko niby tak oczywiste...A jednak...I  tak sobie myślałam...A Monika? Marek? Czy im się w końcu uda? Tak naprawdę to brakuje i mnie słów. Opisuje te wrażenia na gorąco, stąd wkrada się lekki chaos, wybaczcie. Ale dodam na zakończenie; jest humor, jest piękna POEZJA jest smak słowa nawet wtedy gdy Autorka zaczyna powieść od słów:" Gówno, gówno, gówno ...aha a dlaczego: "chomik zaczął już sikać prawidłowo? Chcecie się dowiedzieć. Zapraszam do książki.
I jeszcze jedno" Opis wydawcy:" Marka i Monikę łączy trudna miłość. Oboje piękni, wykształceni, przebojowi ? realizują się zawodowo, lecz wciąż odczuwają pewien niedosyt. Pragną, by ich życie było intensywne emocjonalnie, pełne uniesień i nieuchwytnej głębi. Otaczają się słowami, czerpią inspiracje z literatury i kultury, poszukują sensu. Marta Fox sięga po konwencję powieści epistolarnej (m.in. Niebezpieczne związki Choderlosa de Laclos), uwspółcześniając ją, przewartościowując i wtłaczając w jej ramy nostalgiczną, lecz zaskakującą fabułę." Dlaczego go umieściłam? Aby Mu podziękować "Siedmioróg"wielkie Ci dzięki !!- Lecz wybacz, ale w drugiej kolejności, bo - W PIERWSZEJ <3 dziękuję <3 AUTORCE <3 dziękuję Jej za tę powieść !!! Świetna- moim zdaniem okładka, jak i zachęcający opis. Ale on był tylko kropką nad "i" do tego aby zakupić tę powieść. Miałam przyjemność czytać książki i poezję Pani Marty Fox więc długo się nie zastanawiałam. POLECAM.
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii emocje, powieści, prawda

 

IZA KORSAJ KOSTKA część II

31 maj
Marta Łukomska- Grzebuła MOJA PODRÓŻ przez… Przepraszam za literówki…
Kilka dni temu mój znajomy, miły listonosz, znów mnie nie zawiódł i wdrapał się dziarsko na czwarte piętro, zaliczając spiralę schodów, i zapukał w moje drzwi. Tym razem ja je otworzyłam. Na mojej buzi, i na twarzy, lekko siwiejącego, , kochanego listonosza, zobaczyłam uśmiech. Ja już na sam widok paczuszki promieniałam. Wręczył mi kopertę i szepnął, gdy podpisywałam odbiór:
- Kiedy pani ma czas to wszystko czytać? To chyba piąta książka w tym tygodniu.
- Owszem, piąta książka – odparłam – a czas na przyjemności zawsze się znajdzie – dodałam spoglądając na rząd linii opływających oczy listonosza. Jego zielonkawo szare oczy wyrażały akceptację. A na pożegnanie widząc, jak tylko potwierdza kiwnięciem głowy moje słowa dodałam.
-Pana hobby to wędkowanie, moje czytanie. Dziękuję i do zobaczenia.
 Pomachałam ręką. Raz jeszcze skinął głową schodząc po krętych schodach. A ja idąc już do pokoju, gdzie jak zwykle mój bujany fotel czekał rozrywałam kopertę. Powoli wyciągnęłam ze środka książkę. IZA KORSAJ, „ KOSTKA” widniało na okładce, na tle zdjęcia rentgenowskiego. Lekko wykrzywiłam twarz. Usiadłam i zdziwiłam się własną reakcją.
Jestem pielęgniarką, pracuję na bloku operacyjnym, i widzę nazbyt często ludzki mózg, a nie tylko szkielet…Widzę tak wiele, że czasem zastanawiam się jak mój mózg zdołał to wszystko przez prawie 30 lat „oswoić” i przyswoić. Ten rzeczywisty horror, krwi, wnętrzności, pękniętych kręgosłupów czy widoku płuc na tak zwanym wierzchu? I nie wiem. A wszystko to celem…”naprawy” zdrowia, danego człowieka. I chyba ta myśl ratuje mnie i staje się już niewielkim obciążeniem dla mojej psyche…Teraz, po przeczytaniu KOSTKI, tak sądzę. Ale zanim przystąpię do sedna: Pamiętacie Kochani te dość popularne stwierdzenie: „STRACH SIĘ BAĆ?” Z pewnością. Do czego zmierzam? Chwilka… Póki co… Siedzę wygodnie, lekko się bujam, fotel nieco skrzypi a za oknem- na szczęście- jeszcze słonko. Dzień, choć chyli się ku zachodowi, jednak jeszcze zażółca się blaskiem. A ja mając pod ręką moje nieodzowne atrybuty { znamiona nałogu} kawę i papierosy zanurzam się w …otchłań słów…. Uciekam przez las. Drętwieję ze strachu już od pierwszych stron. Ja i mój przewodnik jesteśmy porwani? Zniewoleni? Czym? Stach…To nie wszystko. Przerażenie? To wciąż za mało. Niezrozumienie? Tak, to jest najczytelniejsze w naszych emocjach. Moich i przewodnika. Matnia, mistyfikacja i My. Porażeni widmem zbliżającej się śmierci…ratunek? Kto nam pomoże? Jest. On, tajemniczy nieznajomy. Ale czy rzeczywiście chce nam pomóc? Wszystko się wije w moim umyśle, bo wije się w umyśle przewodnika. Książka niczym czarny płaszcz nocy wciąga, niczym bagno…Mrok…Za oknem również, ten rzeczywisty. W pokoju palą się dwie lampki nocne. Ale to za mało. Nastrój? Oj nie, nie w tym wypadku, podziękuję. Wstaję, zapalam główne światło. I podążam kolejnymi rzędami liter, w ślad za…No nie. Znów paranoiczny lęk. Niezrozumienie. A może zaczynam pojmować? Mój strach. Moje emocje. W sumie nie moje, ale przewodnika. Integruję się z nim. jestem nim… i z nim. Wspomnienia…Cóż czasem i one są jak kolce róży. A tym czasem noc kłębi się jak sadza za oknem. Wiatr uderza kolejnym podmuchem w otwarte okno. Zasłona szybuje po pokoju. Nadciąga burza. Szaro czarne niebo, zwisające jak smoła z nieboskłonu zamyka mnie w moje części mrocznej wyobraźni. Mnie i mojego przewodnika. i…i nie uwierzycie. Prawie uciekam do sypialni, do męża. Przy Nim czuję się bezpieczna. – Oj coś tak wpadła ? – Henryk uśmiecha się, ale widząc coś, czego ja { co zrozumiałe nie widziałam} na mojej twarzy dopytuje się. – Martusiu wyglądasz jakbyś, co najmniej śmierć zobaczyła…- nie kończy, przerywam Mu. – Zobaczyła? Ja z nią obcuję – unoszę rękę ku górze, pokazując mężowi w ten sposób książkę. On kiwa głową ze zrozumieniem i stwierdza. – Mnie już sama okładka przeraża – i podchodzi do okna. Trzeba je zamknąć. Wiatr i pojedyncze krople deszczu wciskają się do pokoju. Kotki uciekły po kolejnym grzmocie na swoją kocią antresolę, Maks. pod naszą kołdrę. No nie – myślę – jak w takiej oprawie będę kończyć tę powieść to murowane, że potem nie zasnę…. Chcecie wiedzieć, czy w końcu i mimo wszystko udało się mi zasnąć? Zapraszam na jutro. Ta powieść, ta książką…jej nie można opisać jednego dnia, w jednym poście. Chcę abyście i WY lekko zaczęli się bać…Bać i podziwiać. Może uda mi się nietypową recenzją Marty oddać cały kunszt, wirtuozerię owej powieści, owej Autorki IZY KORSAJ. A teraz, póki co raz jeszcze powrócę do ostatnich stron. Ale zanim to nastąpi…jak myślicie… Czy lubię się bać? I tak i nie, wszystko jest względne. Względne, jak pojęcie strachu, jak sam akt życia…Czy też jego naprawy. A może naprawy mózgu? Intelektu? Skorygowania osobowości? Zachowania? Wymuszenia określonej postawy?…Kto i kiedy jest w stanie na nas, tak silnie, oddziaływać abyśmy chcieli, lub co nie daj boże musieli, przejść metamorfozę? Dziwą Was te słowa? Rozumiem. Ale to jak zadziwi Was ta powieść jest niczym do tego co ja usiłuję Wam przekazać słowem… „Strach się bać”, jak mawiają też i moi synowie, ale wierzcie mi, nie tylko to, przede wszystkim…CZAS SIĘ ZASTANOWIĆ… Nad sobą, nad sensem lub bezsensownością naszych działań, poczynań. Bo może znaleźć się ktoś, kto zechce nas „naprawić?” A wtedy…wtedy, bójmy się. Kochani, za dwa dni { jutro mam mieć punkcję kolana, kontuzja doskwiera, więc jak znam siebie, na marginesie faktu – ortopedzi chcą mnie naprawić na szczęście tylko „fizycznie” – będę nieco obolała} ponad to muszę raz jeszcze wniknąć w mrok umysłu – tym razem ja – doktora, stwórcy i psychopaty, biegłego w poruszaniu się po meandrach umysłu ludzkiego…A może się mu tak tylko wydaje? Kim jest ów mroczny, skrajnie spaczony doktor.? Ojciec, były mąż? A może jego zdolności stanowią jego kres człowieczeństwa? O wszystkim, co i jak się działo w moim umyśle, i z moimi emocjami, napiszę za dwa dni, tak sądzę. A teraz kochani…jeśli już poczuliście się zainteresowani fragmentaryczną póki co, nietypową recenzją, wiecie co macie zrobić? Ja, polecam i zapraszam, Marta Grzebuła. A na koniec części pierwszej napiszę Wam moje ulubione cytaty: Nullum scelus rationem habet – Żadna zbrodnia nie ma uzasadnienia Nullum crimen sine culpa – Nie ma przestępstwa bez winy Nullum crimen sine poena – Każde przestępstwo powinno być ukarane. Sentencje łacińskie – autorzy nieznani. Są one wykładnią? Czymś, co stanowi podpowiedz? Za dwa dni, Kochani, za dwa dni…dowiecie się i tego. A może nie. Może znów nieco enigmatycznie zakończę moją nietypowa recenzję? Kto wie? Kto wie? Marta Moi Kochani, upał doskwiera, kontuzja kolana również. Ale to upał, ta wszechobecna duchota { w moim kochanym Wrocławiu } tłamsząca i mój umysł powoduje, że nie mam na nic sił… Ale nie byłabym sobą, gdybym powiedziała, że to tyczy się również i książek. O co, to nie. Upał upałem a ja się mobilizuję { polewam zimną wodą moją szacowną główkę} i zabieram się za OBIECANĄ WAM, nietypową recenzję KOSTKI, część druga. Ale zanim to nastąpi…zadam Wam pytanie; Czy jesteście w stanie utożsamić się, w pełni, z czymś co z reguły i z zasady już Was „odrzuca”? Jaka jest Wasza zdolność empatii, analizy postaw, choćby tylko książkowego bohatera? Wierzę, że Wy wszyscy czytający ten wpis, macie i posiadacie w sobie tą zdolność, współodczuwania. To i zawsze, tylko to, jest moim punktem startu {jeśli mogę to tak określić} w każdej kolejnej recenzji, nietypowej recenzji… Zabieram Was w podróż do najciemniejszego, najmroczniejszego zakątka umysłu ludzkiego…Do powieści KOSTKA, Izy Korasaj. Ja i on, tym razem nie potencjalna ofiara, a kat. Czy rzeczywiście kat? Kim jest? Co chce osiągnąć? W co chce mnie wciągając, Was? W jego, ich w strefę mroku, przemocy? Chyba tak… Każda strona, każde kolejne zdanie wzbudza we mnie lęk i … i podziw? Dziwne, prawda? Sprzeczne? Oczywiście, ale dlaczego? Jak zwykle odsyłam Was do książki…
A tym czasem drążę w czeluści umysłu sprawcy i ofiary … i przypominam sobie pewne słowa: { Cytat z książki a jeszcze jedno WYDAWCO – Novae Res – OKŁADKA SUPER !} ” Nie jestem chirurgiem — rzeźnikiem. Jestem inżynierem Naprawy. Na razie tej zwykłej, od ciała. To od ciebie rozpocznę przygodę z Naprawą umysłu. Prócz zabijania tylko ona jest w stanie mnie zaspokoić. Musi do niej dojść, abym nie został mordercą. Powinieneś być mi wdzięczny. Chcę ci ofiarować nowe, pozbawione ograniczeń życie.” Co za słowa! Czy już one same nie stanowią o sile, potędze, lub nie, umysłu sprawcy? Znów wraca pytanie; Kim on jest? A ja znów odsyłam Cię do książki, lecz póki co zostań ze mną. Będzie mi raźniej…Mój, nasz przewodnik, {a my musimy się trzymać blisko niego, ale tak aby nie zostać zauważonym} ”Pod latarnią najciemniej” Będziemy o krok za nim, ale nie przed nim. – Podążamy w mrok, wchłania nas, Ciebie i mnie….Zgłębiamy się wraz z nim w ludzką psychikę, a może w swoją własną? I o dziwo, zaczynam bardziej akceptować kata, niż ofiarę. Dlaczego tak się dzieje? A to za sprawą Autorki, Ona tak wykreowała postać ” ofiary” że nie do końca ją lubię. Inaczej rzecz się ma z „Katem” O dziwo. Polubić kata? Boże, syndrom sztokholmski, czy co? myślę niemal w panice. Ale, ale… I tak i nie. Ja jestem w komfortowej sytuacji, boję się, to prawda, przeraża mnie wszystko to też prawda, ale dostrzegam coś między rzędami słów, co zmusza mnie do innego spojrzenia. Czy ów „kat” nie jest bardziej okrutny względem siebie? Zaczynam się zastanawiać. Kto tak naprawdę jest tu, w tej powieści ofiarą, ofiarami? „Inżynier naprawy czy on ten, któremu jego zdaniem, trzeba coś „naprawić” w umyśle…? Dźwina książką, pomyślicie. I prawda to i nie… Pewne jest, że zawiera w sobie wyjątkowe opisy, metafory i odnośniki, nie ma w niej nic przypadkowego. Przemyślana do końca. Skonstruowana ze znawstwem i wyczuciem. A do tego wszystkiego zmusza do myślenia. Czy można zaliczyć tę powieść do gatunku Thrillera psychologicznego? Ja teraz się nie pokuszę o jej zdefiniowanie, bo jak wiesz Kochany Czytelniku nie to stanowi rdzeń w moich nietypowych recenzjach, lecz moje emocje. A tym czasem wracam do chwil, gdy za oknem noc, słyszę spokojny, równy oddech śpiącego męża a ja { zapalam drugą lampkę nocną} rozbijam ciemność na drobniutkie kawałki i oddycham z ulgą. Ciarki wędrują po plecach, kolejne sceny „wbijają” mnie pod kołdrę, czuję się jak mała dziewczynka, której opowiadano o baba-jadze pod łóżkiem, podgryzającą dzieciom nóżki, gdy te wystawiają je za linię łóżeczka. Wracają i te wspomnienia, odruchowo podkulam nogi, zerkam kątem oka pd wersalkę, na szczęście nic nie ma…Oj przepraszam, jest, mój kot, Malwin Junior. On również śpi spokojnie. Ale we mnie wszystko wrze…Emocje: strach lęk czasem, brrr. odruch odrzucenia. Jak w dobrym”rasowym” horrorze. Pani Iza bez wątpienia ma dar…Dar ukazywania brzydoty, odrażających scen w pięknym stylu….Sprzeczne? Być może, ale prawdziwe. Kunszt „wyłuskiwania” ze mnie emocji, o tak szerokim wachlarzu, rzadko kiedy udaje się innym. Oscyluję pomiędzy światami… umysłów, pomiędzy przerażającym złem a zawaluowanym dobrem. I żal mi Inżyniera Naprawy? Kurcze, myślę, czy ze mną jest coś nie tak? Jak można litować się, żalić nad psychopatycznym mordercą? I, choć tak usilnie wypierałam te emocje ze swojego umysłu, to nie mogłam równocześnie zaprzeczyć ich istnieniu. Pani Izo, Pani Izo…chciałabym powiedzieć: „Przeciągnęła” mnie Pani, jako Autorka tej powieści, po wszystkich zakamarkach mojej mrocznej strefy, duszy, umysłu ba! nawet serca…mało tego uświadomiła mi Pani, że ją w ogóle MAM! Jestem ciekawa – i to bardzo – moi Kochani, co ta powieść Wam uświadomi. Jaki obudzi w Was emocje? Napiszcie proszę do mnie za jakiś czas. Podzielcie się wrażeniami. Proszę. A ja, póki co, opiszę Wam co dalej się działo w tej powieści, co działo się ze mną… Gdy przebrnęłam przez piekło, przez odruch odrazy i gdy pojęłam, że nasz, mój umysł, to istny labirynt, doszłam do punktu w którym musiałam sobie coś powiedzieć. Zapytać i dać od razu odpowiedź.
-Marta, bałaś się jego, Inżyniera Naprawy, czy tego co zrodziło się w twoim umyśle?
Bałam się jednego i drugiego. Kochani, dość chaotyczna ta recenzja, wybaczcie mi, ale ta powieść, ta fabuła jest tak niesamowita, że ja choć się staram to nie daję rady, ponieważ ta książka obudziła we mnie wszystko… KAŻDĄ z doskonałych i potępianych emocji równocześnie….Byłam, niczym sławny Hannibal Lekter (to moje wrażenie) – Inżynier Naprawy i byłam jego ofiarami…Byłam czystym złem i dobrem, Demonem i Aniołem. Ale byłam też po tej drugiej stronie, stronie analizującego czytelnika, który pojął, że w tej powieści każdy z bohaterów jest bardzo nieszczęśliwy, i każdemu należy współczuć… Ale Ty Drogi Czytelniku możesz mieć inne zdanie. Ja raz jeszcze Ci tylko napiszę, jeśli nie boisz się przejść przez piekło słów, opisów, jeśli kochasz emocjonalne burze to MUSISZ PRZECZYTAĆ TĘ POWIEŚĆ. I jeśli umiesz współczuć i uświadomić sobie pewną rzecz; Że czasem kat bywa własną ofiarą” wówczas to TY staniesz się Sędzią Sprawiedliwym, Czytelnikiem, nie tylko o wielkim sercu, ale i umyśle. Cóż więcej rzec… Nie bój się jeśli masz obawy przed tą powieścią. To tylko powieść. Powieść która jest książką „wysokich lotów” ale to Ty dzierżysz ster… POLECAM, Marta Grzebuła
 1367497100-559914-517878858256110-1694604809-n
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii emocje, powieści, prawda

 

Maria Nurowska

31 maj

Dzień  dobry.

57941-352x500Niebawem wybije na moim ściennym zegarze ósma dwadzieścia. Nie śpię z prostej przyczyny, wróciłam z dyżuru nocnego i zaczynam się zastanawiać. Czy mogę w jednej nietypowej recenzji opisać wszystko to, co działo się we mnie i wokół mnie podczas czytania czterech książek. W żaden sposób nie powiązanych ze sobą tematycznie. Raz już to uczyniłam, „KSIĄŻKI< KTÓRE STAŁY SIĘ OKRĘTAMI, taki był tytuł wpisu, ale te powieści coś łączyło. Te nic. Całkowita inność. Odmienność jak cztery strony Świata. Jedynym ich wspólnym „punktem” jestem ja. Powieści te wiodły mnie poprzez  spoglądanie na świat przez  więzienne kraty. Niemal przeczołgały po nich. Zaraz potem tonęłam w beznadziejności, przemocy i chciałam umrzeć. Szukałam odskoczni, nie było narratora, przewodnika, byłam -JA- ja czyli bohaterka. Spoglądałam jej oczami, chowałam swój ból pod maską obojętności a tylko poduszka o brzasku była mokra od łez. Chciałam uciec od tej książki. Co rusz szykowałam sobie, jak nie kawę to herbatę a to znów jakąś kanapkę. Dziwiłam się kiedy patrzyłam na drżące ręce. Na nóż…Przeszły mnie ciarki. brr, nóż. Narzędzie zbrodni. A może nie?

Ja nie zabiłam jego. To ona. Ale miałam wrażenie, że to ja. Gdy czajnik zbierał się na pierwszy gwizd, stałam w oknie i zastanawiałam się czy wolę książki, w których mam narratora, czy też nie. Ale, ale co by to zmieniło? Kiedy przed sobą masz już tylko drzwi do piekła nic nie ma znaczenia, a kiedy dom stacza się ku krawędzi przepaści nic nas nie uratuje. Powieści te były same w sobie niesamowite. Raz czułam się jakby mnie samo szczęście unosiło na skrzydłach ku tęczy, a za chwilkę wtrącona byłam w otchłań czystego zła. Zła które sama tworzyłam? Oscylowałam od łez po uniesienie, raz skrywałam łzy a raz promieniałam …wszystko jednak ma swój koniec. Znów byłam wolna, ale wolność nie dała mi tego czego pragnęłam. Otoczyłam się tajemnicą. Potem mogłam zacząć żyć. Nowy dom, nowe życie i ona, moja mała śliczna, niewinna. W końcu mogłam być czymś więcej niż byłą więźniarką, mogłam poczuć się jak matka, ale czy byłam w nią w rzeczywistość? Czy za jakiś czas ktoś nie zapragnie mi odebrać brutalnie bez skrupułów mojego szczęścia? Co wówczas zrobię? Z nów zabiję?

Ostatni łyk kawy, ostatnie uderzenie zegara i ostatnia storna, mój dom na krawędzi i ja..Z moim emocjami. Serce jak moje pięści. Zaciśnięte. Muszę wstać, muszę otworzyć okno. Czy mi gorąco? Czy też duszno? Nie wiem. Nieważne. świeże powietrze. Wiatr uderza mnie podmuchem wraz z firaną. Ta wplątuje się w spinkę. Zaczynam się szamotać. Jak ona. Walczę z czymś z czym walczyć nie ma sensu. Jeden ruch, zdecydowany, pewny i sprawa załatwiona. Jestem wolna. Wracam, siadam na moim ulubionym już lekko skrzypiącym bujanym fotelu. Zamykam oczy i odpływam … Nie nie zasypiam. Lecz zastanawiam się pogrążając się usiłując odpowiedzieć sobie na pytanie:” Co ja bym uczyniła, gdyby ktoś chciał lub już uczynił to- ZMARNOWAŁ< ZAPRZEPAŚCIŁ MI MOJE MARZENIA. PLANY… zrujnował wszystko na co ciężko pracowałam? Zabiłabym? Ale kogo? Siebie unicestwiłabym czy tych co stali się katami mojego życia? Tyle pytań. To prawda. Ja znam odpowiedz. Jak zwykle. A Ty? Ty poznasz odpowiedzi na nie wszystkie tylko pod jednym warunkiem. Znasz go prawda?

Minęła noc. Niezbyt spokojne. Słonko ledwo co wzeszło a ja szukałam „odskoczni” od emocji z poprzednich trzech dni. Inne. Odmienne. łagodne. Miękkie. I pełne szczęśliwości. I Trafiłam. Ale cóż to…innego życia nie będzie?  Siadam na fotel. I choć już wiem, że nie tej książki szukałam, nie mogłam się oprzeć. Weszłam w ten świat wyobraźni Autorki aby znów zapłakać.  A kiedy dotarłam do chwili, gdzie dno  było pod moimi stopami, mogłam tylko stwierdzić, ze tam skąd uciekłam, po tamtej stornie, śmierć pragnęła mnie unicestwić. Od piekła po niebo, od szczytów gór, najdoskonalszych w swojej formie, po nieskończoną otchłań, te cztery książki jednej Autorki zabrały mnie w przeciągu siedmiu dni. Ale czy tylko to dały mi te powieści? Czy tylko to ofiarowała mi Autorka? O, nie. Bywała że drżałam ze szczęścia, bywało że czułam się jedyną, kochaną i tą najważniejszą kobietą.

Ale to i tak jeszcze nie wszystko. Gdy tak wędrowałam pomiędzy czasem i przestrzenią utwierdzałam się w przekonaniu, że Ja, ja jako MARTA jestem niesamowitą szczęściarą. A gdy wieczorem mąż szykował herbatę ja kroiłam z zatrzymanym uśmiechem na twarzy wędlinę, Henryk spojrzał na mnie zaintrygowany, pochylił się nieznacznie w moją stronę i spytał jednocześnie stwierdzając.

- Cieszę się, że się uśmiechasz. Ale zdradzasz mi swój sekret, że aż tak to robisz?

-Tak, zdradzę Ci Henryku…Jak to dobrze, że mam Ciebie, dom, dzieci, że jestem tu…z wam. Być kochaną, kochać i być szanowanym to dar…- nie dokończyłam ponieważ mąż jak zwykle odgadł co wywołało u mnie ten nastrój

- Znów czytałaś książki które w takim samym stopniu, niszczą co budują?

- Chyba tak, chyba tak- szepnęłam, układając wędlinę na białym pieczywie.

I byłam naprawdę szczęśliwa.

 

Drogi Czytelniku. Ta recenzja jest jeszcze bardziej nietypowa niż poprzednie. Choć to nie konkurs, ale proszę Cię potraktuj to jak formę zabawy, zgadywanki. W moim tekście ukryłam tytuły czterech książek, które dały mi wszystko co piękne, i co brzydkie, wszystko co wzniosłe i godne pogardy. Dała mi to wspaniała Autorka,

MARIA NUROWSKA

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii emocje, powieści, prawda

 

MARTA FOX – CORAZ MNIEJ MILCZENIA

31 maj

MARTA FOX
nmb
CORAZ MNIEJ MILCZENIA

vcx

Witajcie Kochani.
Od razu muszę Was przeprosić za moją długą nieobecność na blogu. Co było tego powodem? Praca zawodowa, maratony dyżurowe oraz fakt, iż sama jestem autorką i musiałam nadgonić korekty moich aż trzech nowych powieści, które mają niebawem się ukazać.
Ale nie o mnie przecież piszę.
Opowiem Wam o mojej „znajomości” z książką MARTY FOX – CORAZ MNIEJ MILCZENIA. Pierwsze wrażenie- okładka, wielkie ukłony dla Wydawnictwa Siedmioróg…okładka jest piękna, zatrzymuje i od razu zmusza do myślenia.

A CO DO KSIĄŻKI ?
Ona rzeczywiście sprawiła, że miałam ochotę krzyczeć i wszystko, co było i moim udziałem, moim prywatnym dramatem w dzieciństwie, zapragnęłam opowiedzieć. I wiecie co? W sumie tak się stało. Wybrałam sobie jednego przewodnika z tej książki.
Ale za nim to nastąpiło.
Początkowo chciałam wybrać dziewczynkę z kokardami, ale jej losy były tak dramatyczne, że moje przy nich były zabawą. Uświadomiłam sobie że to, co czytam, to nie fikcja…O Boże, pomyślałam…czytając kolejny wywiad, kolejne słowa… jak oni zdołali to przetrwać? Jaki wpływ te przeżycia miały na ich dalsze życie ? Same pytania…z czasem poznałam i odpowiedzi.
Książka tak mocna i tak prawdziwa, że trudno czytać ją bez burzy emocjonalnej, bez pojedynczych okrzyków, czy głośnych pomruków…  ja wciąż szukałam mojego przewodnika…i okazał się nim być mężczyzna… {choć identyfikowałam się też z każdą, z bohaterek}
Moje dzieciństwo, dość pokręcone, ale łagodzone wspaniałą miłością Mamy ni jak mogłam porównać do losów z dzieciństwa bohaterów tej książki. Ale czy to znaczy, że te były mi obce? Lub co nie daj Boże obojętne? O nie!
Wyobraziłam sobie z czasem, że dzięki mojemu przewodnikowi, dzięki Marcie Fox, zaczynam z Nią korespondencję mailową. Piszę Jej co było i co nadal jest „solą w oku” mojej duszy…i nagle okazuje się, że zaczynam odczuwać wszech ogarniający smutek. Imię mojego bohatera brzmi tak jak imię mojego syna i zaczyna się dziać dziwna rzecz. Przerzucanie emocji, zdarzeń, faktów, z tak zwanego, wczoraj na dziś…I nagle dostrzegam, w pełni uzmysławiam sobie, że moi synowie i ja mamy dzieciństwo, jak spisane przez kalkę. Nie wiarygodne…myślę. Znów kłania się nisko psychologia { Nota bene moja miłość} Okazuje się, że powielamy „scenariusz” z dzieciństwa nieświadomie, lub przyciągamy określone zdarzenia, czy ludzi niemal identyczne…
A moi bohaterowie, moi przyjaciele z książki? Jak oni poradzili sobie w swoim dorosłym życiu z tym cholernym balastem bólu, poniżenia, cierpienia i przemocy jakiej zaznali?
No cóż, nie zdradzę tego Wam…wiecie dla czego, prawda? Odsyłam do książki
A co z moim mailami? Wyobraźcie, że są. Wciąż tkwią w skrzynce „Robocze” O ironio losu „ROBOCZE?” Cóż to znaczy ? Nic w nich nie ma roboczego…to były fakty, o których pisałam do mojego przewodnika, i do Niej, MARTY FOX. Byłam, stałam się otwartą księgą wspomnień. Dałam wyczytać z siebie każdą smutnie brzmiącą literką, posmakować każdej kropelki łzy…tak byłam szczera, otwarta i chętna do samoanalizy. Samoanalizy? Spytacie. Tak Kochani. Poprzez fakt tej powieści i moich listów poukładałam sobie w głowie, sercu a nawet w duszy i „zakwalifikowałam” { fuj, jakie brzydkie słowo} emocje. Dziwne? Owszem dziwne, ale mi akurat bardzo potrzebne działanie.
Wiecie co moi Kochani, podziwiam Martę Fox za Jej umiejętność rozmowy – także a może przede wszystkim ze mną. Tak, rozmawiała ze mną. Poprzez słowa książki. Jej empatia jest niewiarygodna, ale jest coś jeszcze w tej książce, o czym MUSZĘ wspomnieć…przed każdą częścią mamy cytat i wiersz…jakże trafny.
Kochani powiem tak…NIE MOŻECIE NIE PRZECZYTAĆ TEJ KSIĄŻKI.
Ale powiem, że nie da rady jej ocenić…wiecie dlaczego?
Pewnie się domyślacie.
Bo jak można zdołać ocenić ludzkie życie?
Nie można.
Wiecie co jeszcze, Kochani…tyle słów kłębi się teraz w mojej głowie, tyle pragnęłabym Wam opisać, ale każde kolejne słowa za nadto uchyli tajemnicy…a ja chcę Was zachęcić a nie opowiedzieć Wam z detalami co i jak opisane jest w tej powieści.
Moje emocje? Moje wspomnienia? Jedno jest pewne- Ożyły…Stały sią nad wyraz czytelne i mimo tego, że tego dnia było słonecznie, że mąż był zadowolony, bo pobyt nad wodą okazał się być udany a moja Magdalena poznała kogoś fajnego przez Internet…coś było nie tak. To ja i moje wspomnienia. To one mnie dławiły.
Ale czy tylko?
Nie tylko. Także świadomość faktu, że to nie jest jednostkowe, że to, co oni przeżyli, i czego ja ledwie zaznałam, istnieje w naszym, i nie tylko, społeczeństwie i o zgrozo! Bywa powszechne. Utajnianie, często przemilczane, ukrywane. Ta świadomość mnie poraziła.
Czy nie byłam świadoma faktu istnienie tego zła? Ależ byłam. Tylko, że pochłonęło mnie moje życie, mój los, bo przecież trudno wciąż pamiętać o tym, że cierpienie się mnoży, dzieli i powiela…cała gama „matematycznych” działań, wyliczonych na jednostkę, aby ją stłamsić, osaczyć i zniewolić. A ona i tak się dźwiga. Tylko, jakim kosztem?
Ja znam cenę.
A powracając do tego dnia… istniały, więc wszelkie przesłanki do tego abym i ja ten dzień uznała za piękny, szczęśliwy i godny zapamiętania, lecz ta książka, choć wciągnęła mnie także i w mój świat wspomnień a nawet bólu, zmusiła mnie jeszcze do jednej refleksji, ale nie tylko. Dała mi poczucie przynależności do tej anonimowej części ludzi, którzy w taki czy inny sposób musieli nauczyć się nie tylko ZAPOMNIEĆ…ale i WYBACZAĆ. Zastanawia mnie tylko, czy zawsze wszystko, można wybaczyć?
Ja tego nie wiem, bo mi, nie do końca się to udało.
CORAZ MNIEJ MILCZENIA. Pamiętajcie ten tytuł może stać się hasłem. Sięgnijcie po książkę a kiedy dostrzeżecie przemoc, bezbronne dziecko, nie zamykajcie drzwi. Mi kiedyś sąsiadka je otworzyła. Wiem, jakie to cenne i jak pomaga. A przecież to tylko otwarcie drzwi…
A EMPATIA – to cecha CZŁOWIEKA
Marta Grzebuła

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii emocje, powieści, prawda

 

MARTA FOX

31 maj

PROZĄ O POEZJI- MARTA FOX

fo

MARA FOX -ROZMOWY Z MIRÓ

 

oki

Dzień dobry Kochani.

Jak Wam minął ten tydzień? Mam nadzieję, że dobrze.

Ja nieco pochłonięta pracą, dyżurami, nie miałam zbyt wielu wolnych minutek dla siebie. A tym bardziej na książki, ale czego się nie robi z miłości do nich, do książek? Zwłaszcza, jak kolejna paczka w rękach kuriera wygląda tak kusząco. A do tego ISTNA PEREŁKA. Wiersze Pani Marty Fox „ROZMOWY Z MIRÓ” i to dla mnie, z dedykacją. Nie wyobrażacie sobie, jakie towarzyszą temu emocje? A może sami tego doświadczyliście nie raz?

Mąż, na moją prośbę, przywiózł mi Tomik do pracy. Nie mogłam się doczekać poniedziałku a już tym bardziej  powstrzymać pragnienia przeczytania wierszy…

Jakby nie patrzeć, kolejne książki do mnie dotarły. Siedem. Magiczna i szczęśliwa liczba.

A nawiązując do tytułu- Prozą o Poezji.

Czy można?

Skoro poezją „opowiadałam” Wam o prozie, co może mnie powstrzymać, aby tym razem to „Matka słów” { tak nazywam prozę, o poezji mówię: „Matka duszy” } nie mogła opisać moich emocji?

Gdy ten tomik miałam już w rękach, jak zwykle skoncentrowałam swoją uwagę, na ułamki sekund, na okładce {Nawet teraz na nią zerkam}

I jestem więcej niż pewna, że mam do czynienia ze swoistym obrazem autorstwa Joan Miró” {kataloński malarz, rzeźbiarz i ceramik}Uśmiecham się ciepło i myślę o cyklu własnych obrazów, jaki stworzyłam kilka lat temu. Nazwałam go  „Oczami dziecka”

A teraz patrząc na rysunek, unoszącej się pośród błękitu kobiety, dziewczyny w czerwonej sukience i czarnym kapeluszu , uśmiecham się naprawdę ciepło. Skąd ja to znam? Myślę i przed oczami przywołuję jeden z moich obrazów. Przerysowany, strukturą linii czarnej kreski, zbyt soczysta gama barw i form i choć moje, nijak porównać do tak wspaniałego dzieła to czuję, że coś nas łączy, Miró i mnie. Postrzeganie świata oczami dziecka. Wzdycham i otwieram tomik…I tu Was zadziwię. Przypadek zrządził {a może moja podświadomość} że otworzyłam niemal ostatnią ze stron. I czytam … Te słowa są tak trafne, tak niewiarygodnie ujmujące prawdą, że wyjątkowo, zacytuję jej w pełni:

„Od autorki

Piszę zamiast.

Zamiast milczenia i zamiast wrzasku.

Piszę, bo co zapisane to zaklepane.

Piszę, bo chcę poznać, kto we mnie siedzi i dokąd zdążą.

Piszę, bo mam do powiedzenia.

Piszę, bo lubię mozolną pracę, podobną do tej w kopalni,

           wykopywanie słów i układanie ich w określony ramą stosik.”

 

I siadam z wrażenia. Dosłownie. Jakbym siebie swoje „dlaczego piszę” odszukała w tych słowach. Siedzę nadal na schodach {na zapleczu oddziału} i kręcę z niedowierzaniem głową. Już wiem, że tych kilka godzin dyżuru musi mi szybko upłynąć. Pogonię czas, myślę wchodząc już na mój oddział. Po chwili chowam, bo muszę, tomik wierszy i odliczam minuty. Staję się niecierpliwa.

W końcu wygrywam z czasem. Zadowolona, wiedząc, że mam prawie dwie godziny wolnego, siadam pod krzewami tuż obok kamiennej fontanny – na terenie mojego szpitala- i czytam. Nikomu nie pozwalając przerwać „mojej „Rozmowy z Miró”  Najpierw…Spotkanie Miró, dalej wciąż na jednym tchu, przepływam słowami poezji Marty Fox przez Sen potem Dotknij mnie, i mam sama ochotę wyszeptać {płeć nie ważna, nie gra roli} dotknij mnie…Może kiedyś. Kolejny wiersz zamyka mnie w świecie emocji. Także już i moich emocji.

I przy każdy kolejnym wierszu, zaczynam w pełni pojmować, złożoną na jednej z pierwszych stron, dedykację, dla mnie:

„Pani Marto,

Dzielę się z Panią wierszami,

Jak kromką chleba z masłem

Najserdeczniej”

 

I wzruszam się…

 

Zawsze wiedziałam I WIEM, że wiersze to NAJCZYSTSZA POEZJA DUSZY. I proszę nie mówicie mi teraz, że to zbyt patetyczne. Zastanówcie się nad tymi słowami.

Piszę od 40 lat wiersze, wiem ile kosztuje mnie każdy kolejny. Wiem  też jedno: POEZJA nie wymaga, Ona od nas ŻĄDA szczerości, autentyczności i zmusza jednocześnie do refleksji…

Ale daje znacznie więcej. Daje w zamian, mi i wiem, że da Wam, coś jeszcze…

Tę właśnie kromkę chleba z masłem. Podstawę bytu- PODSTAWĘ PRAWDY. Jeśli między literkami, jak pomiędzy perełkami myśli, odczytaliście z metafory te prawdę to GRATULUJĘ WAM.

Tomik Poezji – ROZMOWY Z MIRÓ- są tak naprawdę opowieścią –utkaną z myśli serdecznych autorki, z pragnień, upadków, wzlotów i odkryć…Odkryć tego, co w Niej i tego, co w Niej, dla nas…Czystej prawdy.

Wyznanie kobiety…

„..Trzeci wiek mi stuknął

I nareszcie przestałam się bać

I niestraszne mi już spojrzenia smoków

I śliniących się satyrów

Wybrane słowa, wyłuskane przeze mnie myśli z wiersza…

…Zastanawiające…

Mój hipis …Uśmiecham się. Ja wiem, co to znaczy. Wy nie. Już domyślacie, się, dlaczego? Odsyłam Was do poezji do owego tomiku wierszy…Wówczas pojmiecie i te słowa…

„…rano opowiadamy sny

A potem patrzymy

w tym samym kierunku”

 

Moi Kochani…Poezja to jest to, co kocham. A Wy?

Jeśli Was o coś poproszę uczynicie to?

Wierzę, że tak.

Czym jest dla Was poezja?

Matką? Żoną? Mężem? Kochanką, kochankiem?  A może Waszym dzieckiem?

Metaforyka…metaforyka…Rozumiecie to?

Dla mnie ONA JEST WSZYSTKIM.

Marta Grzebuła.

 

fotki- moje, jak i dwa z moich obrazów, drugi autorstwa Joan Miró  – mój ulubiony oraz okładka tomiku

 

I moje obrazy- moja przygoda z pędzlem

 

bhu

 

 

 

 

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii emocje, powieści, prawda

 

Między prozą a poezją jest ukryty mój świat emocji …

31 maj

„MIĘDZY OKNEM A CISZĄ pełna TĘSKNOTY ZA MIŁOŚCIĄ była sobie DZIEWCZYNKA, KTÓRA WIDZIAŁA ZBYT WIELE”

Moi Kochani, chcę Was poinformować, że następna, nietypowa recenzja będzie dość- mocno nietypowa. Ponieważ mam zamiar opowiedzieć Wam pewną historię. Historię mojej przyjaźni, która zrodziła się od pierwszych stron książki Małgorzaty Wardy zatytułowanej :„ DZIEWCZYNKA, KTÓRA WIDZIAŁA ZBYT WIELE”. Poczułam z nią, i nie tylko z nią, silną więź. Patrzyłam jej oczami, na zdeformowany patologią świat dorosłych, ale czy tylko dorosłych? No cóż, tego dowiecie się niebawem. Ona tak mała, moja dziecięca przewodniczka i ja, ocierałyśmy się i przyglądałyśmy się czystemu złu. Czy tylko jemu? Czego jeszcze doświadczałam? Doznawałam zupełnie obcych mi emocji. Powiem uczciwie, jak zawsze z resztą, że powieść ta, każda niemal jej strona powodowała, że dosłownie „ łapałam się za serce” Chusteczki na stoliku kawowym nie wystarczyły. Ale czy ta książka dała mi tylko to? Na odpowiedź musicie poczekać… A co do poezji… Zawiodę Was do piękna słów poezji Małgorzaty Malangiewicz, aby usiąść pod rozłożystym kasztanem wraz z wierszami Tadeusza Stycuły. Zapytacie, dlaczego akurat tak? Mogę Wam podszepnąć dlaczego. To ta książka zawiodła mnie ku poezji. Ponieważ jest tak przesiąknięta emocjami tymi, które uwalniają się spod powiek w postaci łez, które powodują, iż całym swoim jestestwem czułam cierpienie moich małych bohaterów, że chcąc zrozumieć samą siebie. To, co i dlaczego czułam, udałam się do świta poezji. Jest ona też dopełnieniem tego, co usiłuje odrodzić się w umyśle – Wiary, Nadziei, Miłości… Czy sądzicie, iż powieść ta jest tak bardzo destruktywna? O nie, Kochani… To powieść ze wszech miar godna uwagi. To ja i moja zdolność pojmowania tego typu zdarzeń, które jak zawsze zresztą, nie odbieram jako fikcji literackiej, jest nazbyt uboga. Bo jak pojąć niepojęte? Intrygujące stwierdzenie? Owszem. Niebawem dowiecie się, co mam na myśli pisząc teraz te słowa. Jedno nie ulega wątpliwości „Dziewczynka, która widziała zbyt wiele” jest wyjątkową powieścią. Koloryt doznań, jaki uwalnia z Nas, z Naszych serc, dusz i umysłów, podczas jej czytania, jest nie do opisania prozą. Jak dla mnie. Poezja odda wszystko…Zachowa harmonię, spokój a melodią słów opowie o bezwarunkowej miłości. Kogo? Ich, moich małych bohaterów, dzieci. Zapraszam już wkrótce nietypowa recenzja. „DZIEWCZYNKA, KTÓRA WIDZIAŁA ZBYT WIELE” – Małgorzata Warda „MIĘDZY OKNEM A CISZĄ”- Małgorzata Malangiewicz. „TĘSKNOTA ZA MIŁOŚCIĄ”- Tadeusz Stycuła. A teraz tekst jak w tytule tego wpisu: „MIĘDZY OKNEM A CISZĄ pełna TĘSKNOTY ZA MIŁOŚCIĄ była sobie DZIEWCZYNKA, KTÓRA WIDZIAŁA ZBYT WIELE” Zdziwieni, bo ułożyłam zdanie? Zdanie, które już oddaje klimat powieści? Nie dziwię się. Ale uważam, odpowiadając na powyższe pytania, że miałam racje pisząc o poezji i prozie: „Jak mam oddzielić was obie od serca i mego ciała? Kiedy każda z was drogie, w głębi mej duszy została. „ Jak owa powieść. Marta Grzebuła.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii emocje

 

Proza, poezja i płynące z nich do mnie wzruszenie

31 maj

„MIĘDZY OKNEM A CISZĄ pełna TĘSKNOTY ZA MIŁOŚCIĄ była sobie DZIEWCZYNKA, KTÓRA WIDZIAŁA ZBYT WIELE”

352x500 (2) Moi Kochani, chcę Was poinformować, że następna, nietypowa recenzja będzie dość- mocno nietypowa. Ponieważ mam zamiar opowiedzieć Wam pewną historię. Historię mojej przyjaźni, która zrodziła się od pierwszych stron książki Małgorzaty Wardy zatytułowanej :„ DZIEWCZYNKA, KTÓRA WIDZIAŁA ZBYT WIELE”. Poczułam z nią, i nie tylko z nią, silną więź. Patrzyłam jej oczami, na zdeformowany patologią świat dorosłych, ale czy tylko dorosłych? No cóż, tego dowiecie się niebawem. Ona tak mała, moja dziecięca przewodniczka i ja, ocierałyśmy się i przyglądałyśmy się czystemu złu. Czy tylko jemu? Czego jeszcze doświadczałam? Doznawałam zupełnie obcych mi emocji. Powiem uczciwie, jak zawsze z resztą, że powieść ta, każda niemal jej strona powodowała, że dosłownie „ łapałam się za serce” Chusteczki na stoliku kawowym nie wystarczyły. Ale czy ta książka dała mi tylko to? Na odpowiedź musicie poczekać… A co do poezji… Zawiodę Was do piękna słów poezji Małgorzaty Malangiewicz, aby usiąść pod rozłożystym kasztanem wraz z wierszami Tadeusza Stycuły. Zapytacie, dlaczego akurat tak? Mogę Wam podszepnąć dlaczego. To ta książka zawiodła mnie ku poezji. Ponieważ jest tak przesiąknięta emocjami tymi, które uwalniają się spod powiek w postaci łez, które powodują, iż całym swoim jestestwem czułam cierpienie moich małych bohaterów, że chcąc zrozumieć samą siebie. To, co i dlaczego czułam, udałam się do świta poezji. Jest ona też dopełnieniem tego, co usiłuje odrodzić się w umyśle – Wiary, Nadziei, Miłości… Czy sądzicie, iż powieść ta jest tak bardzo destruktywna? O nie, Kochani… To powieść ze wszech miar godna uwagi. To ja i moja zdolność pojmowania tego typu zdarzeń, które jak zawsze zresztą, nie odbieram jako fikcji literackiej, jest nazbyt uboga. Bo jak pojąć niepojęte? Intrygujące stwierdzenie? Owszem. Niebawem dowiecie się, co mam na myśli pisząc teraz te słowa. Jedno nie ulega wątpliwości „Dziewczynka, która widziała zbyt wiele” jest wyjątkową powieścią. Koloryt doznań, jaki uwalnia z Nas, z Naszych serc, dusz i umysłów, podczas jej czytania, jest nie do opisania prozą. Jak dla mnie. Poezja odda wszystko…Zachowa harmonię, spokój a melodią słów opowie o bezwarunkowej miłości. Kogo? Ich, moich małych bohaterów, dzieci.

538433_477911442228766_988311587_n Zapraszam już wkrótce nietypowa recenzja. „DZIEWCZYNKA, KTÓRA WIDZIAŁA ZBYT WIELE” – Małgorzata Warda „MIĘDZY OKNEM A CISZĄ”- Małgorzata Malangiewicz. „TĘSKNOTA ZA MIŁOŚCIĄ”- Tadeusz Stycuła. A teraz tekst jak w tytule tego wpisu: „MIĘDZY OKNEM A CISZĄ pełna TĘSKNOTY ZA MIŁOŚCIĄ była sobie DZIEWCZYNKA, KTÓRA WIDZIAŁA ZBYT WIELE”

DSC00523Zdziwieni, bo ułożyłam zdanie? Zdanie, które już oddaje klimat powieści? Nie dziwię się. Ale uważam, odpowiadając na powyższe pytania, że miałam racje pisząc o poezji i prozie: „Jak mam oddzielić was obie od serca i mego ciała? Kiedy każda z was drogie, w głębi mej duszy została. „ Jak owa powieść. Marta Grzebuła.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii emocje, powieści, prawda

 

Ewa Formella i powieści Jej autorstwa

31 maj

EWA FORMELLA – I jej książki

Prowadzi również blog z recenzjami.

http://ksiazkiidy.blox.pl/html
pobrane (1)

A teraz…Powieści Ewy…

„Droga niespełnienia bywa kręta, upadek nadziei jeszcze bardziej boli…

Ale nie poddawaj się…Walcz”

Chciałaby się powiedzieć po przeczytaniu książek tej Autorki. Owszem to mój cytat, z jednego z moich wierszy, ale uważam że w znakomity sposób oddaje myśl książek które miałam przyjemność przeczytać. „JUTRA NIE BĘDZIE” LAWENDA” i PAMIĄTKI Z PARYŻA”

Miałam pięć dni wolnego. Jak dla mnie to bardzo dużo wolnego czasu. Zważywszy na fakt, że pracuję w systemie zmianowym, ale nie zawsze idzie to według planu. Czasem mam „maratony dyżurowe”, aby potem mieć, właśnie, pięć dni wolnego. I co wówczas robię? A jakże, co innego mogłabym robić?…Czytam.

Sięgnęłam po owe książki. Są na RW 2010.pl „wrzuciłam” je na czytnik…i zapomniałam o całym świecie.

Podróż poprzez życie, śmierć, chorobę, osamotnienie, ból, uczucie przegranej i ona moja przewodniczka w powieści „Jutra nie będzie” i ja w takim samym stopniu, pojmująca jej dramat jak i nie potrafiąca sobie go nawet wyobrazić. Sprzeczne? I owszem. Bo jak może pojąć akt umierania?…Jak wyobrazić sobie swoją śmierć?

Czy to bolesna w swojej tematyce książka? Tak. Czy trzeba mieć obok górę chusteczkę? Jak najbardziej. Ale czy oprócz łez, silnych emocji daje coś jeszcze innego? Owszem. Oczywiście, że daje. Napisze coś, co na początku Cię wzburzy…ale po ułamku sekundy pojmiesz intencje moich słów. Słów, które i Ty znasz bardzo dobrze.

„Jak dobrze, że to nie ja. Że to nie mnie się tyczy”

Ulga. Oddech a po chwili refleksja.

„ Jak to mnie to nie dotyczy?

Owszem…dotyczy.

Diagnoza jak wyrok śmierci? Tak. Przeszłam przecież i przez to…Ale u mnie zadziałało coś nieco odmiennego. Lecz czy na pewno? Zespół wyparcia. I to tak silny, że nie pojechałam odebrać wynik…Mąż pojechał. Bo ja wiedziałam, że jest dobrze. Nie tylko wierzyłam. Wręcz byłam przekonana że to nie TO!

Iż nów wspomnienie. Inne, nie  te, co „złotą nicią” zwane jest przeze mnie i moją mamę a” czarną” …

Jest rok 1987…Mama jest po biopsji. Guzek w piersi. Trzy tygodnie płacze w poduszkę. Guzek w jej odczuciu rośnie. Ale jaki będzie wynik?

Nie ma odwagi…wysłała mnie na ul Hirszfelda. Sparaliżowana strachem, niemal włócząc nogami idę pieszo spory kawał drogi. Dlaczego? Chce odsunąć ten moment, odsunąć ten czas, tę jedną minutę, gdy w okienku odbiorę wynik. Mimo to w końcu docieram. Pani w przychodni wydaje mi wynik. Ręce mi się tak trząsa a łzy zasłaniają widok, że nie potrafię go odczytać. Owa pani przychodzi mi w sukurs…Słucham jej słów, tego co czyta i nie wierzę. Ale dlaczego? Pogodziłam się z wyrokiem? Bardziej oczekiwałam jego, niż tego co powinno mnie w tej chwili uskrzydlić? Chyba tak. Ale gdy dociera do mnie dobra nowina, biegnę tak szybko, że chyba sama pani Irena Szewińska { polska lekkoatletka, specjalizująca się w biegach sprinterskich. Należy do najbardziej utytułowanych polskich sportowców i najwybitniejszych lekkoatletek w historii; jest wielokrotną medalistką olimpijską. z Wikipedii. } byłaby pełna uznania. Z dala już macham kartką, podskakuję a Mama w oknie, jakby zamarła w bezruchu…Czego ona się spodziewała? Nie wierzyła w cud!

Potem już była tylko radość!!!

A ja…Minęły lata…Tym razem mój mąż idzie odebrać MÓJ WYNIK…

Zapytasz;  „Co to ma wspólnego z tą czy pozostałymi książkami?”

MA i to bardzo, bardzo dużo. W jednej zostałam pokonana. W drugiej, inny aspekt mojego życia, otrzymał ekstra doładowanie. Staczałam się na dno,  aby od razu podnieść. Uciekałam, kluczyłam, aby móc paradoksalnie w końcu się odnaleźć. Błądzę nad Sekwaną, aby potem utulić się w ramionach {już w innej powieści} kochającego mnie człowieka. Człowieka, od którego pragnęłam uciec, aby ten nie cierpiał { Jutra nie będzie}

Ale gdy idę ulicami Trójmiasta oscylując w poczuciu własnej beznadziejności, dramacie upokorzeniu a jednocześnie ocierając się o przepych blichtr i wspomnienia { Lawenda}  uświadamiam sobie, że nic nie ma cenniejszego w życiu, niż ŻYCIE.

Ja i one moje przewodniczki. Jedna odważna, inna słaba, a inna pozornie silna. Ale to i tak nie wszyscy bohaterowie tych trzech powieści…Moim zdaniem NAJWIĘKSZĄ BOHATERKĄ jest ich AUTORKA. Dlaczego zapytacie? Ja już to wiem. Ty dowiesz się …wiesz kiedy? Zapraszam Cię do czytania.

I pamiętaj;  Jutro zawsze przyjdzie…nastanie…oby TYLKO I DLA NAS!!!

Bo życie jak i ludzie są nieprzewidywalni. Piszę Ci to, nie tylko 53 letnia kobieta, ale przede wszystkim pielęgniarka anestezjologiczna z oddziału ANSTEZJOLOGII i REANIMACJI!!! Z oddziału, gdzie śmierć nie jest „gościem” a „domownikiem”. Wierz mi.

„ Życie to chwila, życie to czas

Nie zmarnuj jego…

Bo tyle masz….

TWÓJ CZAS!”

POLECAM warto zapoznać się z twórczością tak wyjątkowej kobiety – Autorki,  jaką bez wątpienia jest Ewa Formella.

Marta Grzebuła

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii emocje, powieści, prawda

 

Poezja M. Malangiewicz T.Stycuła. M. Świć i T. Rudnicki

31 maj

Witaj. Za oknem ładnie świeci słonko, choć z lekka mrozi. Tak jest u mnie, we Wrocławiu. Mam nadzieję, że i u Ciebie jest równie przyjemnie.  W domku ciepło. Domownicy w dobrych humorach itd.

Ale pozwól, że zabiorę Cię do całkiem innego świata, gdzie są tylko, lub aż słowa…

Jakie to wszystko mylne. Nie tylko słowa, wierz mi…

To świat emocji, piękna wrażliwości…To czysta poezja…

Jak pewnie wiesz często odwiedza mnie kurier. Nie inaczej było kilka dni temu. Ale ja nie byłam obecna w domku. Mąż podpisał, odebrał i dał mi znać, że mam przesyłkę. Przesyłkę, która dopiero wczoraj znalazła się w moich rękach. Precyzyjnie pisząc, w końcu mogłam zacząć czytać.

Intryguje Cię dlaczego wcześniej, nie?

Sam wiesz jak to w życiu bywa. Jak nie jedno to drugie licho wpada na Ciebie. Chorowałam, ale już jest dobrze.

Usiadłam, z lubością na moim bujanym fotelu, { mąż żartuje, że to fotel babuni} niech Mu będzie.

I kiedy tak, siedziałam sobie wygodnie, wiodłam wzrokiem po pokoju. Jakbym dopiero, co na niego patrzyła. Jakbym go wcześniej nigdy nie widziała. Tak u mnie „objawiła” się tęsknota za domem. Z moim miejscem na ZIEMI. Ale, gdy kolejno spoglądałam na rzeczy, meble uświadomiłam sobie, że wszystko jest moje i ma moją energię. Myślę, że dobrą. Moje obrazy, książki, nie tylko moje, mam tu na myśli, autora…I dalej, patrząc lekko w bok. Moje miejsce te, w którym teraz pisząc ten wpis, siedzę. Miejsce pracy. Ekran komputera lekko razi mnie bielą. Ale to nic. Mam dobre, nieco przyciemnione okulary.

002Ale wczoraj, nie zasiadłam przed monitorem. Tylko delektowałam się widokiem. A potem…poezją.

W rękach obracałam tomik poezji autorstwa Marty Świć i Tomasza Rudnickiego. Ale czułam jakby nie była to pełnia tego, co chcę odczuwać. Za mało było poezji. Nie, nie w tym tomiku. Chodzi mi tu o pozostałe książki, które również dzięki uprzejmości Autorów-Poetów otrzymałam. Kiedyś, dużo wcześniej, też tu na moim blogu, wspominałam Ci o tym, że posiadam wiersze, Marty Fox, Małgorzaty Malangiewicz i Tadeusza Stycuły. I właśnie wczoraj zapragnęłam otoczyć się nimi. Tomikami poezji tych wspaniałych ludzi. Wrażliwych, i pełnych, jak mam zwyczaj mawiać: „melodii serca”

Ułożyłam je na swoim małym okrągłym stoliku kawowym i ciepłym wzrokiem na nie patrzyłam. Ale w moich rękach wciąż trzymałam „ Odbite w lustrze” tomik poezji Marty i Tomasza.

Nieopodal na stole, leżały moje dwa tomiki poezji. Czy i ja w związku z tym uważam się za poetkę? O, nie. Nic bardziej mylnego. Zawsze mówię, że jedynie przelewam na papier {bo tak zazwyczaj pisze wiersze} moje emocje. Ubieram je w inne bardzie płynne słowa. Słowa, które czasem są „skrótami myślowymi” są metaforyczne i pozwalają mi na odkrycie się przed Tobą, moim potencjalnym Czytelnikiem. Czy tak też postępują wyżej wspomniani autorzy?

Nie wiem. Ale jednego jestem pewna. Pisząc kolejny wiersz, słowa, Oni naprawdę { moim zdaniem} oddają mi cząstkę siebie. Od razu wróciło wspomnienie słów Marty Fox, z dedykacji, jaką umieściła na tomiku, który mi ofiarowała kilka miesięcy temu:

„ Pani Marto dzielę się z Panią wierszami, jak kromką chleba z masłem, najserdeczniej”

Jakież to piękne słowa i oddające wszystko, o czym usiłuję i ja Tobie powiedzieć.

Tak odbieram wiersze, poezję…

To wyjątkowa sytuacja, w której mam szansę na, nie tylko poznanie { Bo co to znaczy;” Poznać?” Zrozumieć? Nie zawsze.} ale mam szansę na wniknięcie{ wiem to niezbyt ładne słów, ale teraz brakuje mi innego} w umysł ba! Nawet duszę autora-poety.

1002189_422642124520721_556935011_nPodążam śladami jego myśli, ukrytych pragnień, tęsknot. Jest on ze mną maksymalnie szczery. Bo moim zdaniem to właśnie czyni poezja. Zmusza by oddać całą prawdę tego wszystkiego, co jest ukryte w platanie myśli poety. Musi je uporządkować, oswoić i przelać wersami na papier a potem oddać w moje, Twoje ręce i czekać na…No właśnie. Na co? Na akceptację. Zrozumienie i westchnienie. Tak, westchnienie jak i ze mnie się ono wydobyło, gdy czytałam wiersze Marty i Tomasza. Niesamowita rozmowa dwojga ludzi na ten sam często temat. Słowo stawało się hasłem. „Dom” Życie” „Szaleństwo” „Cudownie jest” niby to tylko tytuły wierszy, ale tak naprawdę nie oto tu chodzi. To nie tytuły. To szepty Ich duszy. On często Ją pyta. Ona odpowiada, zdradzając Mu to, co czuje. Ale i On nie pozostaje Jej dłużny. Czytając kolejne wiersze nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to nie tylko rozmowa, poprzez wiersz, poezję, ale że jest to swoista spowiedź obojga…I do tego wszystkiego jeszcze ta Ich wdzięczność…Potrafili słowem a więc mam prawo wierzyć, że i czynem potrafią, oddać wdzięczność, powiedzieć o przyjaźni także do kogoś, dla Nich bliskiego, dla Agnieszki Adaszek. Wzruszyły mnie Ich słowa. Myśli zamknięte w wersach. I powiem, że błyskawicznie przeczytałam ten tomik. Ale nie odłożyłam na bok, na stolik. Znów wróciłam do wierszy. Spojrzałam raz jeszcze na okładkę. Na ten bukiet kwiatów. Właśnie. Bukiet kwiatów. Bukiet słów. Tym jest poezja. Także i dla tej dwójki wspaniałych wrażliwych ludzi. Czy Ich znam? Nie. W sumie nie. Ale czy niedane mi było Ich poznać poprzez ów tomik poezji? Owszem tak. Nie wiem jak wykładają, ale wiem jak „wygląda” Ich dusza. Jaki potencjał wrażliwości ona kryje w sobie.

Tym jest dla mnie poezja. O kurcze, nie uwierzysz, ale pisząc to teraz, nie tylko się wzruszyłam, ale mam ciarki na plecach. Tak, tak właśnie jest. Kocham poezję, kocham całym sercem, duszą i umysłem to, co ona mi daje. Nie mogę jej „spotkać” o tak po prostu, jak drugiego człowieka. Nie mogę jej uścisnąć, podać ręki. Ale niczego bym bardziej nie pragnęła niż tego…ale zaraz…Zaraz. Myśl wyprała błyskawicznie to pragnienie a zastąpiła ją czymś pięknym fantastycznym i WYKONALNYM.

Przecież mogę uścisnąć, podać rękę ba! Nawet przytulić tych, co tworzą poezję, tych co stworzyli ten tomik poezji, Martę i Tomka.

I tak też czynię, ściskam Ich póki co wirtualnie, dziękując za to co mi, czytelniczce ofiarowali…Swoje serca.

Dziękuję.

1243129_621529974566578_954338981_oA teraz na chwilę wrócę do pozostałych tomików. Tak też uczyniłam tego dnia, gdy z lekka bujam się na fotelu. Herbata stygła, słodka bułka czekała na moją uwagę, która teraz skupiła się na kolejnym tomiku poezji.

„Historie wierszem pisane” Małgorzata Malangiewicz…

Ile bym teraz słów nie napisała nie miałoby to większego znaczenia. Ta Poetka ma wyjątkowy dar. Ona nie pisze Ona tka słowami obrazy. To wydaje się być a-wykonalne, ale taka jest prawda. Melodyka, płynność a wręcz powab, bije z każdego wersu. Nie chcę dawać Ci przykładów, dając jakiś wiersz Autorki, ale chcę abyś spróbował mnie zrozumieć, moje emocje. Bo ja niczego bardziej nie pragnę jak tego, aby i Tobie zdradzić szczerze{ jak zwykle zresztą} co czułam, myślałam czytając Jej poezję…Ale wierz mi, nie jest to łatwe. Bo jak oddać słowem, takim zwykłym to, co Ona, Małgorzata Malangiwicz mi dała?

Nie wiem czy w ogóle takie słowa -proza- są w stanie oddać moje emocje.

Poetka, Małgorzata Malangiewicz  zabiera mnie słowami do świata przyrody, stąpam między drzewami, płynę niczym chmura po błękicie nieba, lub czuję wolność ptaka. Frunę, wznoszę się ponad własne ograniczenia…A innym razem wtulam się w jego ramiona, czuję bicie jego serca. Kocham i jestem kochana. Tyle prawd, uczucia i spontaniczności w kilkunastu wierszach. Zadziwiające, ale to moim zdaniem TYLKO POEZJA, tylko Poeta potrafi. Zamknąć ocean myśli w jednym słowie, kilku zdaniach, wersach.

Każdy a tych Autorów-Poetów, o których teraz piszę, bez wątpienia TO potrafi.

A Tadeusz Stycuła?

„Tęsknoty za miłością”

Idealna harmonia, myśli, uczuć, choć często spiętrzona poprzez ból. Ale to za sprawą wrażliwości Tadeusza Stycuły ocean ten zostaje ugłaskany, Jego słowem. Czy okiełznanie myśli jest możliwe w wierszu?

I tak i nie.

Dziwna odpowiedź. Prawda?

Czy kiedyś próbowałeś napisać wiersz? Jeśli tak, bez wątpienia mnie rozumiesz. Jeśli nie. To zachęcam Cię, spróbuj. Spróbuj wyrazić, ból, smutek, miłość w kilku wersach.

A zobaczysz, że jest to trudne, ale gdy Matka Poezja otuli Cię swoim ramieniem, nic nie będzie trudne.

Jak u Tadeusza Stycuły. On potrafi żeglować po oceanie, myśli, potrafi ujarzmić, ale i wstrząsnąć. I jeszcze jedno potrafi. Zachwycać się. Gama emocji, cały wachlarz. Od sensu i bezsensu życia. Od pochwały trwania po szukanie odpowiedzi; „Czy warto? Czy trzeba? Czy można?

Wszystko można, ale trzeba nauczyć się wierzyć, kochać i mieć nadzieję. Jak w wierszach Tadeusza Stycuły.

A co z moimi wierszami, z moimi dwoma tomikami?

Są, leżą tego dnia na wprost moich oczu, i nagle uświadomiłam sobie niesamowitą sprawę. Że ja i Oni, piszemy o tym samym, ale w tylu kolorach tęcz słów, że aż to zadziwia.

Przecież, gdy mówisz słowo: „Kocham cię” masz wrażenie, że nic więcej nie musisz dodawać. Ale wierz mi…Poeta doda jedno może dwa słowa, ale to one staną się najpiękniejszą z ram dla tego słowa. To one staną się prawdziwym nośnikiem emocji, jakie to słowo w Tobie i innych, wywołuje.

Tym jest właśnie dla mnie poezja.

OPRWA DLA UCZUĆ.

Pięknem tego, co kryje się pod każdą z warstw, każdego słowa. Łącznie z tym, co i ją samą określa. POEZJA…

POEZJA SŁÓW – To OBRAZY MALOWANE SERCEM a podkładem dla nich jest DUSZA POETY.

Pozdrawiam Cię serdecznie. I spróbuj kiedyś [ nie tylko proszę Cię, czy polecam Ci tych Poetów} ale spróbuj sam napisać wiersz…A zdziwisz się jaki potencjał emocji ukryje się za Twoim słowem; „KOCHAM”

Marta Grzebuła

 

 

 

 

 

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii emocje, powieści, prawda

 

IZA KORSAJ – KOSTKA

31 maj

KOSTKA

 

10540665_773052266072100_1304707538_n

Kilka dni temu mój znajomy, miły listonosz, znów mnie nie zawiódł i wdrapał się dziarsko na czwarte piętro, zaliczając spiralę schodów i zapukał w moje drzwi. Tym razem ja je otworzyłam. Na mojej, i na lekko siwiejącego, twarzy kochanego listonosza, zobaczyłam uśmiech. Ja już na sam widok paczuszki promieniałam. Wręczył mi kopertę i szepnął, gdy podpisywałam odbiór:

- Kiedy pani ma czas to wszystko czytać? To chyba piąta książka w tym tygodniu.

- Owszem, piąta książka – odparłam – a czas na przyjemności zawsze się znajdzie – dodałam spoglądając na rząd linii opływających oczy listonosza. Jego zielonkawo szare oczy wyrażały akceptację.   A na pożegnanie widząc, jak tylko potwierdza kiwnięciem głowy moje słowa dodałam

-Pana hobby to wędkowanie, moje czytanie. Dziękuję i do zobaczenia. – Pomachałam ręką. Raz jeszcze skinął głową schodząc po krętych schodach.

A ja idąc już do pokoju, gdzie jak zwykle mój bujany fotel czekał rozrywałam kopertę. Powoli wyciągnęłam ze środka książkę. IZA KORSAJ, „ KOSTKA”  widniało na okładce, na tle zdjęcia rentgenowskiego. Lekko wykrzywiłam twarz. Usiadłam i zdziwiłam się własną reakcją. Jestem pielęgniarką, pracuję na bloku operacyjnym, i widzę nazbyt często ludzki mózg, a nie tylko szkielet…Widzę tak wiele, że czasem zastanawiam się jak mój mózg zdołał to wszystko przez prawie 30 lat „oswoić” i przyswoić.  Ten rzeczywisty horror, krwi, wnętrzności, pękniętych kręgosłupów czy widoku płuc na tak zwanym wierzchu? I nie wiem. A wszystko to celem…”naprawy” zdrowia, danego człowieka. I chyba ta myśl ratuje mnie i staje się  już niewielkim obciążeniem dla mojej psyche…Teraz, po przeczytaniu KOSTKI, tak sądzę.

Ale zanim przystąpię do sedna:

Pamiętacie Kochani te dość popularne stwierdzenie:  „STRACH SIĘ BAĆ?”

Z pewnością. Do czego zmierzam? Chwilka…

Póki co…

Siedzę wygodnie,  lekko się bujam, fotel nieco skrzypi a za oknem- na szczęście- jeszcze słonko. Dzień, choć chyli się ku zachodowi, jednak jeszcze zażółca się blaskiem słonka. A ja mając pod ręką moje nieodzowne atrybuty { znamiona nałogu} kawę i papierosy zanurzam się w …otchłań słów….

Uciekam przez las. Drętwieję ze strachu już od pierwszych stron. Ja i mój przewodnik jesteśmy porwani? Zniewoleni? Czym? Stach…To nie wszystko. Przerażenie? To wciąż za mało. Niezrozumienie? Tak, to jest najczytelniejsze w naszych emocjach. Moich i przewodnika. Matnia, mistyfikacja i My. Porażeni widmem zbliżającej się śmierci…ratunek? Kto nam pomoże? Jest. On, tajemniczy nieznajomy. Ale czy rzeczywiście chce nam pomóc? Wszystko się wije w moim umyśle, bo wije się w umyśle przewodnika.  Książka niczym czarny płaszcz nocy wciąga, niczym bagno…Mrok…Za oknem również, ten rzeczywisty. W pokoju palą się dwie lampki nocne. Ale to za mało. Nastrój? Oj nie, w tym wypadku, podziękuję. Wstaję, zapalam główne światło. I podążam kolejnymi rzędami liter, w ślad za…No nie. Znów paranoiczny lęk. Niezrozumienie. A może zaczynam pojmować? Mój strach. Moje emocje. W sumie nie moje, ale przewodnika. Integruję się z nim. jestem nim… i z nim. Wspomnienia…Cóż czasem i one są jak kolce róży.

A tym czasem noc kłębi się jak sadza za oknem. Wiatr uderza kolejnym podmuchem w otwarte okno. Zasłona szybuje po pokoju. Nadciąga burza. Szaro czarne niebo, zwisające jak smoła z nieboskłonu zamyka mnie w moje części mrocznej wyobraźni. Mnie i mojego przewodnika. i…i nie uwierzycie. Prawie uciekam do sypialni, do męża. Przy Nim czuję się bezpieczna.

- Oj coś tak wpadła ? – Henryk uśmiecha się, ale widząc coś, czego ja { co zrozumiałe nie widziałam} na mojej twarzy dopytuje się. – Martusiu wyglądasz jakbyś, co najmniej śmierć zobaczyła…- nie kończy, przerywam Mu.

- Zobaczyła? Ja z nią obcuję – unoszę rękę ku górze, pokazując mężowi w ten sposób książkę. On kiwa głową ze zrozumieniem i stwierdza.

- Mnie już sama okładka przeraża – i podchodzi do okna. Trzeba je zamknąć. Wiatr i pojedyncze krople deszczu wciskają się do pokoju. Kotki uciekły po kolejnym grzmocie na swoją kocią antresolę, Maks. pod naszą kołdrę.

No nie –  myślę – jak w takiej oprawie będę kończyć tę powieść to murowane, że potem nie zasnę….

Chcecie wiedzieć, czy w końcu i mimo wszystko udało się mi zasnąć?

Zapraszam na jutro.

Ta powieść, ta książką…jej nie można opisać jednego dnia, w jednym poście.

Chcę abyście i WY lekko zaczęli się bać…Bać i podziwiać. Może uda mi się nietypową recenzją Marty oddać cały kunszt, wirtuozerię owej powieści, owej Autorki  IZY KORSAJ.

A teraz, póki co raz jeszcze powrócę do ostatnich stron. Ale zanim to nastąpi…jak myślicie…

Czy lubię się bać? I tak i nie, wszystko jest względne

Względne, jak pojęcie strachu, jak sam akt życia…Czy też jego naprawy. A może naprawy mózgu? Intelektu? Skorygowania osobowości? Zachowania? Wymuszenia określonej postawy?…Kto i kiedy jest w stanie na nas, tak silnie, oddziaływać abyśmy chcieli, lub co nie daj boże musieli, przejść metamorfozę?

Dziwą Was te słowa? Rozumiem.  Ale to jak zadziwi Was ta powieść jest niczym do tego co ja usiłuję Wam przekazać słowem…

„Strach się bać”, jak mawiają też i moi synowie, ale wierzcie mi, nie tylko to, przede wszystkim…CZAS SIĘ ZASTANOWIĆ… Nad sobą, nad sensem lub bezsensownością naszych działań, poczynań. Bo może znaleźć się ktoś, kto zechce nas „naprawić?”  A wtedy…wtedy, bójmy się.

Kochani, za dwa dni { jutro mam mieć punkcję kolana, kontuzja doskwiera, więc jak znam siebie, na marginesie faktu – ortopedzi chcą mnie naprawić na szczęście tylko „fizycznie” – będę nieco obolała} ponad to muszę raz jeszcze wniknąć w mrok umysłu  - tym razem ja – doktora, stwórcy i psychopaty, biegłego w poruszaniu się po meandrach umysłu ludzkiego…A może się tylko tak mu wydaje? Kim jest ów mroczny, skrajnie spaczony doktor.? Ojciec, były mąż? A może jego zdolności stanowią jego kres człowieczeństwa?

O wszystkim, co i jak się działo w moim umyśle, i z moimi emocjami, napiszę za dwa dni, tak sądzę.

A teraz kochani…jeśli już poczuliście się zainteresowani fragmentaryczną póki co, nietypową recenzją, wiecie co macie zrobić?

Ja, polecam i zapraszam,

Marta Grzebuła.

A na koniec  napiszę Wam moje ulubione cytaty:

Nullum scelus rationem habet – Żadna zbrodnia

nie ma uzasadnienia

Nullum crimen sine culpa – Nie ma przestępstwa

bez winy

Nullum crimen sine poena – Każde przestępstwo

powinno być ukarane.

Sentencje łacińskie – autorzy nieznani.

 Są one wykładnią? Czymś, co stanowi podpowiedz?

Za dwa dni, Kochani, za dwa dni…

Marta