RSS
 

PRZYPADKI PANI EUSTASZYNY- Maria Ulatowska

Archiwum –

352x500PRZYPADKI PANI EUSTASZYNY- Maria Ulatowska

 

Przypadki pani Eustaszyny. M. Ulatowska
Kilka miesięcy temu, dzięki fantastycznemu zbiegowi okoliczność zostałam szczęśliwą posiadaczką tej książki. Szczęśliwą? –spytacie. Tak, szczęśliwą. Mam na ta bene fart do tego typu sytuacji a to dzięki ogólne znanemu portalowi społecznościowemu. Nie chcąc czynić mu reklamy. nie wspomnę jego nazwy ale sądzę, iż bez problemu się domyślacie, co to za portal. Uśmiech.. I tak oto dzięki „niemu” dane mi było poznać wielu Naszych Polskich twórców. Autografy otrzymane pocztą, czasem wraz z książkami , były i są dla mnie cenne. Mam też ekslibris od Anny Klejzerowicz, książkę z dedykacją od Enrdu Artos a Małgorzata Malangiewicz, i Jej przecudne wiersze są również umieszczone na mojej „wyjątkowej” półce, ale mam jeszcze na niej tomik poezji Tadeusza Stycuły, ale to nadal nie wszystko. Opowiem Wam o tym przy okazji.

Teraz wracam do „mojej” Pani Eustaszyny, Marii Ulatowskiej. Pamiętam tę chwilę, gdy nerwowymi ruchami rozdzierałam kopertę. I jest…Ona…Piękna okładka, { Ukłon dla wydawcy- Prószyński i S-ka} ławeczka zatopiona w promieniach słońca, gdzieś w oddali lekko majaczy kamienny mostek – ach…miałam ochotę przysiąść na ławeczce, i dać się otulić ciepłem promieni słonka, wciągnąć do płuc zapach soczystej zieleni, lekki chłód świeżego podmuchu zefirka. Chwilka zadumy. I pierwsza strona…Od razu mój pokój rozbrzmiewa śmiechem…Super, myślę. Jak tak dalej pójdzie to ta książka sprawi, że zostaną rozproszone wszystkie moje smuteczki i smutki. I tak też się dzieję, co strona to uśmiech by nie powiedzieć ubaw. Tyle taktownego żartu, dialogi i ona…- myślę…Wyjątkowa postać. Starsza pani. Najpierw idę z nią do …O jejku…Pani minister? No tak. Moja bohaterka nie wie, co to są ograniczenia. Udajemy się incognito,{ tylko pani minister} z powrotem do przychodni, ale ubaw. Zaczynam podziwiać ten dar autorki do dawania ludziom, mi, tak olbrzymiej radości. {I to już od pierwszej strony} Wywołać pełnię uśmiechu na czyjeś buzi to naprawdę rzadkość – myślę. I zagłębiam się w kolejne strony, co rusz niemal wybuchając śmiechem,. To w końcu musiało zaintrygować mojego męża. { A może zadziwić? Ostatnimi czasy, byłam raczej w „dołku”}
- „Kochanie czy coś się stało?- pyta, bacznie mi się przyglądając. Podchodzi. Ociera jedną z łez z mojego policzka i wzrokiem ponawia pytanie.
-„Muszę Ci przeczytać kilka fragmentów z tej książki – odpowiadam – tylko wówczas zrozumiesz – dodaję ocierając drugą łezkę z przeciwległego policzka. Mąż siada i słucha. Po minucie i Jego twarz przybiera znajomy i jakże upragniony wyraz twarzy. Uśmiech. Gdy tak oboje pogrążeni –ja w czytaniu, mąż w słuchaniu- wchodzimy w kolejne warstwy sytuacji, kupno lodówki, młody kardiolog i ktoś kto oprócz męża mojej „przewodniczki” jest, równie ważny dla mojej {naszej już} bohaterki, jej siostrzenica… Och, ale ja lubię tę kobietę, myślę. … Gdy właśnie moja dynamiczna, jakże energiczna przyjaciółka, przewodniczka po świecie emocji, powieści Marii Ulatowskiej „Przypadki pan Eustaszyny” podejmuje jakże ważną i brzemienną w skutkach decyzję…{ Podoba mi się ta myśl…Pisanie książek, no cóż, myślę. Czemu by nie} A tym czasem do pokoju wchodzi moja pasierbica i stojąc w drzwiach cicho pyta:
-” Co was tak bawi?”
-Ta babeczka jest niesamowita…Ta książka jest taka- odpowiada mój mąż nieco zaskoczonej córce.
Magdalena przysiada. I tak o to jedna książka nas połączyła, a ja w tym ułamku sekundy pożałowałam, że moi synowie są tak daleko…od razu w pamięci powstał obraz z czasów gdy ja jako dziecko siedziałam na tapczanie, na którym tatko i mama również siedzieli i na zmianę czytali mi bajki. Tak kochani. To rodzice są ODPOWIEDZIALNI za to jak daleko i w jakim kierunku rozwinie się u dziecka ten dar. Dar wyobraźni. To od rodziców zależy to, czy maluchy już później dorośli, będą mieć, co przekazać swoim dzieciom. I w tej sekundzie odetchnęłam z ulgą. Ja swoim synom ten dar przekazałam. A póki co mąż szybko zrobił nam kawkę, Magdalena wzięła ode mnie książkę i tak na szybko przejrzała poprzednie strony i choć ja ukradkiem nerwowo oczekiwałam na dalszy ciąg, uzbroiłam się w zdolność oczekiwania. Musiałam. Kawa była na stoliku. A my gotowi do dalszej „podróży” wraz naszym już przewodnikiem, fantastycznie optymistyczną starszą panią… Wzięliśmy głęboki oddech. Akcja ponownie ruszyła…Starsza pani i remont…Jak jej nie lubić? Pytam w myślach, wciąż czytając. Muszę wziąć łyka kawy, zaschło mi w gardle, wówczas moja Magdalena proponuje zmianę. Podpowiada, że „zagubiliśmy się w stronach” Nie szkodzi, myślę. Ta książka jest tego warta, aby „cofać się czy też „wybiegać do przodu” { nie często tak robię, ale no cóż…zdarza mi się. I tak nie „gubię” nigdy wątku}…a teraz… Niechętnie oddaję Jej książkę. Mam wrażenie, ze rozstaję się z moja przyjaciółką, ale Magdy pomoc okazuje się być mi wybawieniem. Mam chrypkę. Rozsiadam się wygodnie na moim bujanym fotelu, zerkam okiem w kierunku naszych pupili, są z nami również. Malwin i Młody grzeję się na oknie a mała Maliwnka {jak zwykle zresztą} drzemie na kolanach męża. Henryk wsłuchany w kolejne słowa automatycznie głaszczę ją po czarno białym futerku. Kotka się przeciąga i choć ja obserwuje ich oboje, to mój umysł podąża za każdą niemal literką powieści Marii Ulatowskiej „Przypadki pani Eustaszyny” … i ostatnie strony…Szkoda mi, nam, się żegnać z tak dobra, wrażliwą starszą panią, będącą jednocześnie wulkanem energii, pomysłów. Wzdycham. Dostrzegłam w niej ten ogrom ciepła i dostrzegli to i moi bliscy…Magda sięgając po papierosa powiedziała:
-” To kobieta wulkan, nie przewidywalna a jednocześnie ze wszech miar niebanalna i tak kochana. Jej nie można nie lubić” Po wypowiedzeniu tych słów, zmrużyła oczy i cicho szepnęła: -„Pożyć mi tę książkę, chcę ją jeszcze raz przeczytać” Spojrzałam na nią zdziwiona…Zdziwiona, ponieważ „podkradła” mi moją myśl…Kiwam Madzi twierdząco głową i po chwili obie wychodzą z pokoju, moja pasierbica i pani Eustaszyna…Wyjątkowa kobieta. Uśmiecham się na jej wspomnienie. I robi mi się fajnie, lekko… Spoglądam na męża. On, człowiek zmuszony chodzić po lekarzach { jest po dwóch operacjach kręgosłupa i nie wspominając problemów kardiologicznych} uśmiecha się tajemniczo.
-„O czym myślisz kochanie?”- pytam Henryka, ten z dość zawadiackim spojrzeniem w oku, ale jednocześnie przybierając postawę pełną dumy, godności i przede wszystkim powagi, odpowiada :
- „ Gdybym miał choć ziarno z tej odwagi, jaką wykazywała się starsza pani…”- zadumał się. I ja zrozumiałam…Ach…te nasze „wędrówki” po lekarzach…długie kolejki do specjalistów…Gdyby tak można było jak w tej książce, pomyślałam również sama.
Kochani, nie wiem na ile udało mi się Was zachęcić do wzięcia tej lektury do ręki, do zagłębienia się w ten jakże inny, ale mimo wszystko, znany nam -nasz świat? Tylko nam, być może, brakuje tej odwagi, determinacji? A Wy jak sądzicie? Mam rację?
Wiecie, co ta powieść, jeszcze mi dała?…{mimo iż pisana z taką dawką humoru, pozornie lekka, pozornie upraszczająca problemy} Wiarę, że można wszystko…Pomimo walących się kłód pod nogi. Można wszystko. I dała mi coś równie niewymiernego…Moich bliskich tego dnia, w jednym pokoju, wszystkich zasłuchanych w tej lekturze. Już nie siedzieliśmy „każdy w swoim pokoju”, ale byliśmy razem. Nawet nasze pupilki dołączyły do nas. Byliśmy rodziną, która zazwyczaj podąża ścieżkami leżącymi gdzieś obok siebie. No cóż takie życie. Ja pracująca po 12 godzin, mąż usiłujący przeżyć wraz ze mną z renty plus moja pensja pielęgniarki… I ona, nasza Magdalena zamknięta „dobrowolnie” w swoich czterech ścianach, a może zamknęła ją choroba? Magdalena „pokonana” lata temu przez nią… Epilepsję unika ludzi i … co nas boli…”unika” życia. Ja wiem o tym, a Madzia nie chce mówić…I na te chwile „nadciąga” Eustaszyna { nie ważne, że zrządził to czysty przypadek} i porywa nas do krainy uśmiechów, swobody i euforii…A czasem ukazuje nam to, co i w nas cichutko drzemie…głębię wrażliwości. Dziwne myślę, podążając tego dnia za Henrykiem do drugiego pokoju – Niby się zanosiłam od śmiechu, niby tak lekko i na wesoło odebrałam tę powieść, ale coś dostrzegłam w niej jeszcze innego. Wbrew pozorom dostrzegłam potęgę wiary, zdolność, niebywałą wręcz, do pokonywania przeciwności losu. Czy inni czytelnicy to dostrzegli?…Jak dzięki dobrze rozumianej determinacji można pokonać i WŁASNE OGRANICZENIA? – myślę…Wchodzimy do sypialni, za oknem skrada się zmierzch, księżyc zerka do naszego pokoju poprzez koronkową strukturę firanki i mruga…A może to gwiazdy, które choć jeszcze nie liczne już szybują po granacie nieba…Moje myśli wracają do Madzi.
Dlatego chyba Magda wychodząc z pokoju przytulała tę książkę do siebie, zastanawiam się. I zaczynam pojmować…. Moja Madzia od razu to pojęła, a ja? Ja niestety, nie od razu. A Henryk? On także pojął to szybko. I tu nasunął mi się wniosek. „Wszystko ma warstwy…cebula ma warstwy …” –cytat z mojej ulubionej bajki Shrek. I poczułam się jak osiołek. No tak, moi Kochani, jeśli „zajmiecie” się, czytając tę powieść, tylko jej „jedną warstwą” jak ja, będziecie grzmieć śmiechem niemal, co stronę. Ale jeśli „ doszukacie się kolejnych warstw, będziecie, jak moja kochana Magda, pokrzepieni na duchu, sercu, umyśle…Że można, naprawdę, wszystko można.. Nawet robić karierę pisarki w wieku osiemdziesięciu lat.
Mój Drodzy, jak zawsze i ta recenzja zawiera wiele z osobistych uwag, obiecałam Wam szczerość, autentyczność w opisach, więc nie mogłam w tym przypadku postąpić inaczej. Nie chcę też czynić tu jakiegoś podsumowania. Jedynie, raz jeszcze chcę Wam przesłać tą drogą, moją myśl, prośbę, sugestię- „Przypadki pani Eustaszyny” – ta powieść Marii Ulatowskiej była dla mnie darem…I wiem, że i dla Was nim będzie.
Ale wicie co? Chyba raz jeszcze muszę Wam coś przypomnieć, iż są to i ZAWSZE będą tylko moje subiektywne emocje, słowa, wrażenia…Jak w przypadku innych już wcześniej opisanych powieści…Powieści, gdzie mała śliczna „Czarownica” zaczarowała moje serce, a „Cień gejszy” rzucił się łagodną łuną zarówno blasku jak i mroku na moje drogi czytelniczki a „ Ostatnia karta…Okazała się być? Nie koniecznie kartą śmierci. Może kartą miłości? Miłości, której zaznałam w oceanie bytu „ Solaris…Tak, więc to dają mi książki…Pozwalają odbyć miliony podróży, nie ruszając się z domu.
Gdzie zabiorę Was, siebie, następnym razem?
No cóż „starym zwyczajem” niech i to będzie tajemnica.
Marta Grzebuła.

Dodaj komentarz